2.

Rozdział 2.
Zajęcia minęły mi jak z bicza strzelił. W sumie, kiedy nie skupiasz się na tym żeby jak najszybciej uciec z tej chorej instytucji czas leci jakby szybciej .Po wyjściu na dziedziniec, który usiany był teraz nastolatkami wylewającymi się tłumnie z głównego budynku usiadłyśmy na trawniku. Zwróciłam twarz ku słońcu, próbując choć przez chwilę uniknąć jakiejkolwiek rozmowy, niestety moje plany zrujnowała May.
- Halo! Ziemia do Effy. Czy ktokolwiek tam jest? - Z westchnieniem otworzyłam oczy i popatrzyłam na nią unosząc brwi ku górze, gdy machała mi swoją wymaniciurowaną dłonią centymetr od twarzy. - Boże dziewczyno, czy Ty w ogóle słyszałaś co ja do Ciebie mówiłam przez ostatnie pięć minut?
- Przepraszam? Próbuję po prostu skorzystać z okazji, że znajduję się na świeżym powietrzu i cieszyć ostatnimi promieniami słońca, bo niedługo spędzę godziny w ciemnej, zatęchłej bibliotece. Możesz powtórzyć ... proszę?
Usiadłam prosto, skupiając całą swoją uwagę na przyjaciółce, czego właśnie w tym momencie ode mnie oczekiwała. Mimo całego dnia zajęć jej makijaż i włosy były perfekcyjne. A to, że miałyśmy dzisiaj dwie godziny WF-u, nie sprawiło, że byłoby to jakkolwiek wyczuwalne - przynajmniej u niej, bo ja to inna historia.
- Mówiłam, że potrzebuję Twojej rady a’propos Thomasa. Niby spotykamy się już 4 miesiące, ale mam wrażenie, że stoimy w miejscu. Wiesz, nie to że oczekuję kosztownych kolacji,  bukietów, czekoladek, czy serenad pod oknem. Choć miło by było, gdyby wykazał choć odrobinę inicjatywy i zaprosił mnie gdzieś indziej niż na mecz jego drużyny albo “zbadać” moje migdałki.
- May, naprawdę jestem ostatnią osobą, którą powinnaś pytać o związkowe porady. Czy widziałaś mnie kiedyś z jakimś chłopakiem? … James się nie liczy - Prawda wygląda tak, że  od ponad roku nie byłam nawet na jednej randce. Nie to, żebym narzekała na brak zainteresowania ze strony płci przeciwnej. Po prostu żaden nie wzbudził we mnie na tyle dużego zainteresowania, bym chciała przerwać swój pseudo-celibat. - Skoro chcesz od niego czegoś więcej, to mu po prostu o tym powiedz. Wiesz przecież, że oni nie mają w zwyczaju domyślić się czegokolwiek sami. Albo wprost dasz mu rozwiązania problemu, najlepiej prosto pod nos, i to na złotej tacy, albo nie masz na co liczyć.
- Ale dlaczego mam mu to ułatwiać ? - Oburzyła się prawie jakbym powiedziała, że z jej misternej fryzury odstaje kosmyk włosów, albo, że Armani rzucił modę na rzecz produkcji zabawek erotycznych. - Jeśli mnie chce, to niech się chociaż trochę wysili.
-  Sama widzisz. Najwidoczniej nie pragnie Cię tak bardzo jak Ci się zdaje.
To był jeden z tych momentów, w których powinnam trzymać język za zębami, ale czasami jest to zbyt trudne. W sekundę z twarzy przyjaciółki zniknęło całe zmartwienie, na którego miejsce pojawiła się niepohamowana wściekłość. Westchęłam przybierając skruszoną minę i już miałam przeprosić, kiedy ona wstała z naturalną dla niej gracją.
- Każdy mnie pożąda. Zapamiętaj to sobie. - I zanim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć odrzuciła włosy do tyłu, odwróciła się na pięcie i pomaszerowała w stronę budynku. Pięknie, czy jest tutaj jeszcze ktoś, kogo dzisiaj nie wkurzyłam? Położyłam się na trawie, przysięgając sobie w duchu, że w końcu nauczę się odpowiednio dobierać słowa, które wychodzą z moich ust. Zaśmiałam się jednak tylko, doskonale zdając sobie sprawę, że i tak nic z tego nie wyjdzie. Zawsze miałam dar do pakowania się w kłopoty, choć czasem i to miało swoje p to Najwidoczniej ta umiejętność nie była dla mnie osiągalna. Zawsze musiałam palnąć coś co powodowało niemiłe dla mnie w skutkach konsekwencje. Do moich myśli wkradło się wspomnienie naszego pierwszego spotkania z May. Pracowałam wtedy jeszcze w kawiarni, w której James nadal pracuje. Praca jak każda inna. Notorycznie się spóźniałam, a szef przygotowywał coraz to dłuższe kazania na temat mojej nieudolności. Na początku się tym przejmowałam, ale po dziesiątym razie przestałam kompletnie zwracać na to uwagę. Przepraszałam i szłam na kasę do klientów przyjmować ich abstrakcyjne zamówienia jak podwójne americano z karmelem, bitą śmietaną posypane zmielonymi orzeszkami i udawać, że jest to praca moich marzeń. Nie myślcie, że miałam jakiś większy wybór. Kawiarnia była jedynym miejscem w mieście, które chciało przyjąć kogoś z zerowym pojęciem o parzeniu kawy. Żeby nie było, że tylko i wyłącznie narzekałam, muszę przyznać, że bywały dni, kiedy napiwki były jak w pięciogwiazdkowych restauracjach. Czasami do napiwków wpadała co najmniej połowa mojej dniówki, którą i tak w ostatecznym rozrachunku musiałam zostawić w kieszeni szefa. Oczywiście nie żebym miała jakiekolwiek predyspozycje do tej pracy. Zbiłam niezliczoną ilość szklanek, filiżanek i talerzyków na ciasta. Wydaję mi się, że te napiwki były bardziej z litości niż z faktu, że klienci doceniali moje starania. Poznałyśmy się w dniu kiedy miałam wrażenie, że dosłownie cały wszechświat stał przeciwko mnie. W ciągu pierwszych piętnastu minut pracy wylałam na siebie karton mleka, rozbiłam filiżankę z gorącą kawą, gdy niosłam ją klientce i jakby tego było mało w prezencie wydałam komuś o trzydzieści dolarów więcej reszty. Później wcale nie było lepiej, ale ta historia zajęłaby kolejne sześć stron, a nie o tym jest ten wątek. Kiedy kończyłam zmianę, James poprosił mnie żebym obsłużyła jeszcze jedną klientkę, ponieważ on sam musiał przygotować jeszcze trzy kawy, a dziewczyna która miała mnie zmienić się spóźniała.
-Wiesz, że Cię kocham prawda? - Kojarzycie jak szczeniaki proszą, żeby im coś dać ze swojego talerza? To mniej więcej tak właśnie wygląda James kiedy ma jakiś interes, albo potrzebuje kolejnej przysługi. - Przyjmij, proszę, zamówienie od tej blondyny, która weszła teraz do środka. Mam do zrobienia dwie mokki i mrożoną z cynamonem.
-Okej, ale jeśli znów coś rozbije, to Ty płacisz. - Ostrzegłam, wskazując na niego palcem, próbując zrobić groźną minę. Podeszłam do kasy. - Witamy w Golden Rose Caffe, co dla Pani?
-Duże karmelowe americano z bitą śmietaną do stolika pod oknem. - Dziewczyna wyciągnęła kartę kredytową, a płacąc zmierzyła mnie oceniającym spojrzeniem. -Najwyraźniej nie dostrzegła we mnie nic godnego poświęcenia szczególnej uwagi, ponieważ po chwili udała się do wybranego wcześniej stolika, od razu wyciągając z torebki swojego smartfona. Szybko zrobiłam kawę, przez cały czas zastanawiając się czy może przypadkiem nie napluć jej do środka w ramach zemsty za moje opóźnienie w kończeniu pracy. Szybko jednak zrezygnowałam z tego pomysłu. Wzięłam filiżankę na tacę i ruszyłam w stronę stolika. Wszystko szło gładko, dopóki nie byłam dwa kroki od celu. Potknęłam się o własne nogi (kto by się tego po mnie spodziewał) i wylałam na nią i jej nieziemsko drogą torebkę.wszystko, co do ostatniej kropelki.
-Przepraszam! - Pośpiesznie odstawiłam tacę na stolik sięgając za fartuch po szmatkę i podałam ją dziewczynie. - Strasznie przepraszam, jestem okrop… - Jednak zanim zdążyłam dokończyć, powstrzymała mnie uniesieniem dłoni.
I tak była zimna, więc pewnie bym ją zwróciła. Choć wolałabym jednak w filiżance niż na własnych ubraniach. - Jak na osobę, która była cała w słodkiej lepiącej się kawie, była dość wyluzowana.
-Mogę dać Ci jakieś swoje ubrania, żebyś mogła się przebrać. Co prawda czasy w których były modne już dawno minęły, ale na przebranie się żeby dotrzeć do domu wystarczy. Zaraz wrócę - Powiedziałam i  popędziłam na zaplecze po ciuchy. Wróciłam po chwili i podałam jej rzeczy. - Na tyłach jest toaleta, tam możesz się przebrać.
-Dzięki, ale mam dla Ciebie dobrą radę. - Wstała z miejsca zgarniając przy okazji również mokrą torebkę. - Zwolnij się stąd, zupełnie nie nadajesz się do tej pracy. - Powiedziała, po czym się zaśmiała, a ja jej zawtórowałam, bo nie ma co się oszukiwać - miała w stu procentach rację.
-Parę dni po tym incydencie zostałam oczywiście zwolniona, więc nawet nie zdążyłam się sama nad tym dłużej zastanowić. May natomiast wyłudziła od Jamesa mój numer - dziwnym trafem nie miał nic przeciwko podaniu go ślicznej blondynce ... Faceci. Spotkałyśmy się, oddała mi ubrania, ja się pochwaliłam zwolnieniem, co tylko wywołało u niej salwę śmiechu. -Okazało się, że mamy podobne poczucie humoru i dobrze się dogadujemy. Co prawda, wspólnego mamy ze sobą tyle co pies z kotem, ale nasze różnice jakoś się uzupełniały. Od wypadku z kawą zaczęła się nasza przyjaźń, a teraz stała pod znakiem zapytania. Nie wiem jak długo tak sobie bezczynnie leżałam na trawie. Nagle na moją twarz padł cień. Uniosłam się na łokciu, jedną ręką przysłaniając oczy tylko po to by dostrzec bibliotekarkę stojącą nade mną z rękami opartymi na biodrach.
- Zapraszam do siebie Panno Cameron.


***
Wejście do biblioteki znajdowało się w najbardziej wysuniętym na prawo skrzydle głównego gmachu szkoły. Większość uczniów, sądząc po ich inteligencji, unikała tego miejsca jak szatan kościoła. Pewnie połowa nawet nie zdawała sobie sprawy z istnienia tego miejsca, a trzeba przyznać, że dla samej architektury warto jest tutaj zajrzeć. Pomieszczenie było ogromne. Wchodząc do środka, nie dało się dostrzec żadnej ze ścian. Ilekroć musiałam odbębnić karę, ogrom otaczającej mnie przestrzeni w pierwszej chwili wywoływał u mnie paniczny lęk i chęć rzucenia się do ucieczki, byleby znaleźć się jak najdalej stąd. Jednak kiedy pierwszy szok mijał, dało się dostrzec więcej szczegółów. Jak zapach kurzu i starego papieru, wysokie drewniane kolumny podtrzymujące balkony, na których ustawione zostały stoliki z wygodnymi fotelami, przy których czytelnik mógł usiąść i w spokoju zanurzyć się w lekturze nie martwiąc się tym, że ktoś mu przeszkodzi. Jednak najbardziej uderzające zaraz po ogromnej przestrzeni, były tysiące półek zapełnionych schludnie ułożonymi książkami począwszy od najnowszy tytułów jeszcze z tego roku, a kończąc na starych kilkusetletnich księgach oprawionych w prawdziwej skóry. Niestety, do tych ostatnich dostęp posiadają tylko i wyłącznie nauczyciele i to pod czujnym okiem bibliotekarki. To właśnie ona prowadziła mnie do części, w której ja i reszta ukaranych miała spędzić następne dwie godziny. Na samym środku pomieszczenia znajdowało się ogromne biurko wyrzeźbione z jednego kawałka drewna, przy którym przez większość czasu siedziała Panna Nolan. Przed nim postawiono piętnaście pojedynczych ławek, z których część była już zajęta. Wskazała mi miejsce i ruszyła z powrotem w stronę wejścia - pewnie aby zgarnąć kolejnych spóźnialskich. Usiadłam w przedostatniej ławce po prawej i wyciągnęłam swój szkicownik. Rozejrzałam się po zgromadzonych nastolatkach. Większość z nich była tutaj, jak ja, stałymi bywalcami. Z imienia znałam trzech chłopaków i jedną dziewczynę, która jak zwykle nie zwracała na nikogo uwagi. Nie poświęcając zbyt wiele czasu reszcie osadzonych, otworzyłam zeszyt. Wzięłam do ręki jeden z czarnych długopisów i zaczęłam w głowie szukać jakiegoś punktu zaczepienia. Postanowiłam wylać nieco żalu i niesprawiedliwości jakiej dzisiaj doświadczyłam na papier. Zaczęłam kreślić linie i tworzyć perspektywę tworząc głębie. Dodawałam coraz więcej szczegółów i cieni, które niekiedy tworzyłam przypadkowo rozcierając tusz dłonią. Cały budynek otoczyłam fosą z której wystawał ogon jakiegoś morskiego stwora - bo w sumie dlaczego by nie puścić nieco wodzę fantazji. W tle zaczęły buchać ognie piekielne, jakby sam książę ciemności opuścił podziemie i postanowił zostać dyrektorem tej placówki. Wszystko to otoczone było ślicznym drutem kolczastym. Czułam jakby minęło dziesięć minut, ale zegar wskazywał za kwadrans szesnastą. Spojrzałam na cały rysunek i uznałam, że pięknie by się prezentował na maszcie zamiast flagi, jako ostrzeżenie dla pierwszaków, żeby lepiej siedzieli cicho i trzymali język za zębami.

Komentarze